Portret potrzebny

Ś.p. Frank Zappa zauważył kiedyś, że mówienie o muzyce przypomina tańczenie o architekturze – czyli w gruncie rzeczy jest pozbawione sensu. Trudno nie przyznać największemu być może prześmiewcy w dziejach rocka racji, niemniej dziś, w zalewie internetowych „znawców”, w erze nieograniczonego dostępu do przeróżnych dźwięków, brakuje nam niewątpliwie ludzi, którzy potrafiliby mądrze oraz zachęcająco o muzyce mówić i pisać. Brakuje nam postaci takich, jaką był Tomasz Beksiński. Jego radiowe audycje stanowiły przecież drogowskaz, zamykały słuchaczy w innym świecie i otwierały na nowe doświadczenia.

Bardzo dobrze, że Tomasz trafił na kogoś takiego jak Wiesław Weiss – osobę, która  znała go osobiście, a jednocześnie dziennikarza, który o muzyce wie wiele, potrafi o niej mówić i pisać oraz docenić znaczenie, jakie może nadać życiu każdego z nas. Bo przecież Tomek Beksiński. Portret prawdziwy to także opowieść o muzycznych fascynacjach, prawdziwych do bólu, odmieniających rzeczywistość, odstraszających śmierć. Nie chcę zatem skupiać się tutaj na smutnym, chłodnym finale, pozbawionym jakichkolwiek barw – a przecież wszystko w tej historii ku niemu zmierza. Zdradzę jedynie tyle, że książka Weissa rekonstruuje niezwykle skrupulatnie te ostatnie lata, miesiące i godziny, niemal materializując ból istnienia, który dręczył Beksińskiego.

ed28c-beks7

Pierwsze zauroczenia muzyczne i pierwsze audycje, jeszcze w szkolnym radiowęźle. Podróże na koncerty ulubionych wykonawców (jak Marillion czy Peter Hammill), stanowiące doznania niemal mistyczne. Traktowanie płyt jak relikwii. Głębokie wnikanie w sens tekstów i wielogodzinne przygotowania do spotkań ze słuchaczami. Ci, którzy kochają muzykę, wyniosą z tej opowieści bardzo wiele. Na wnikliwszą analizę zasłużyły choćby relacje Tomka z artystami, których lubił, szanował i którym w różny sposób pomagał – jak Closterkeller, Abraxas, Collage, Faiding Colours. Z kolei miłośnicy Monty Pythona czy filmów z James Bondem – których to przekłady Beksińskiego pozostają niedoścignione – znajdą tu wiele interesujących niuansów, związanych nie tylko ze sztuką translatorską, ale choćby też ze współpracą Tomka z filmowymi lektorami.

Obszerna to publikacja, w której znalazło się miejsce na pogłębienie wątków z biografii wcześniej mało znanych. Beksiński jawi się nam tu, jako osoba, wrażliwa, a nawet nadwrażliwa, która nie poddaje się prostym schematom i chce żyć „po swojemu”, płacąc za to wysoką cenę. Także wtedy, gdy osłania się peleryną wampira – dosłownie i metaforycznie. No cóż, lubił najwyraźniej mrugać do innych okiem, choć nie wszyscy to rozumieli. Jako że sam obracam się w kręgu miłośników fantastyki, znam to „mrugnięcie okiem” z autopsji. Mój dobry kolega przebiera się za Tuskena z Gwiezdnych Wojen, a grupka znajomych jeździ podczas wakacji na odludzie, by udawać, że życie po apokaliptycznej zagładzie może być ciekawe. Wyobrażam sobie tłumy na prelekcji poświęconej klasycznym filmom grozy, którą Beksiński prowadzi gdzieś na zlocie miłośników horrorów – a są już przecież takie w Polsce. Może w tym środowisku, pozytywnych „świrów”, poczułby się lepiej? Tam niewinne fanaberie i nietypowe pasje są cnotą, czyniącą nasze życie ciekawszym. A że złoszczącą jednocześnie rzeczywistych ponuraków i ludzi bez wyobraźni, do bólu i do końca dorosłych, a w gruncie rzeczy nieszczęśliwych? Cóż…

Szczęśliwi są natomiast ci, którzy mogli pozostawić światu swoje autobiografie – na tyle szczere, by zamknąć drogę tropicielom sensacji. Wiesław Weiss nie szuka, nie dogrzebuje się, nie węszy dla wzbudzenia taniego zainteresowania. Stara się za to usilnie dotrzeć do istotnych faktów i zrekonstruować je rzetelnie, ale też z sympatią dla bohatera i polemicznie wobec jego rzeczywistych oraz domniemanych oskarżycieli. Obszernie są w książce cytowane wypowiedzi rodziny, przyjaciół, partnerek życiowych, współpracowników – osób, które znały Tomka Beksińskiego dobrze i takich, które zetknęły się z nim jedynie przelotnie. Głos często oddawany jest, co jasne, i samemu bohaterowi, dzięki wyimkom z jego listów, maili, audycji radiowych i felietonów.

Czy udaje się zatem Weissowi namalować  prawdziwy portret? Wypada pozostawić tę kwestię otwartą, choć niewątpliwie był to „portret potrzebny”, zwłaszcza w zalewie informacji nie do końca rzetelnych, sensacyjnych, czasem umyślnie wykrzywionych.

Czy lektura książki napełniła mnie smutkiem? Niestety tak, choć wydawało mi się, że po zaznajomieniu się z publikacją Magdaleny Grzebałkowskiej jestem gotowy na jej treść. Ale „Portret prawdziwy” przypomniał mi również – albo podarował wręcz – wiele muzycznych doznań. Podczas lektury słuchałem bowiem płyt artystów, którzy towarzyszyli i Beksińskiemu. Część muzycznych fascynacji była i jest tożsama z moimi, by wymienić Genesis, Camel, Sisters of Mercy, Black Sabbath, Bauhaus etc.. Nareszcie też miałem okazję, by nadrobić zaległości i zagłębić się w dyskografii The Legendary Pink Dots, Lacrimosy czy Petera Hammilla. Wstyd się przyznać – wiedziałem, że tacy artyści chodzą po świecie, ale nie znałem ich płyt w całości, poza pojedynczymi piosenkami.

A zatem ktoś, kto tak pięknie przez całe swoje życie mówił o muzyce – choć to podobno zajęcie tam samo niedorzeczne jak tańczenie o architekturze – wciąż zaraża swym muzycznym światem. Gdy piszę te słowa, słucham płyty Over Petera Hammilla, dobrej puenty do pożegnania. Może bym trafił na ten album w inny sposób, może nie… Niby zakończenie książki Tomek Beksiński. Portret prawdziwy jest do bólu ostateczne, a jednak długi epilog trwa, przynajmniej dopóki pozostaje pamięć.

Paweł Lach, RockMagazyn, wrzesień 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *