Morphine – muzyczna kuracja przeciwbólowa

Będzie to historia trochę naciągana, ale załóżmy, że prawdziwa. W Cambridge, jednym z najstarszych miast na wybrzeżu Atlantyku, praktycznie na przedmieściach Bostonu, powstaje zespół rockowy. Sytuacja klasyczna – trzech facetów (już nie tak młodych, przynajmniej jak na standardy początkującej kapeli), do tego gitara, bas, wzmacniacze i perkusja.

Czego więcej trzeba? Panowie mają szczęście, bo ich wokalista potrafi śpiewać, wyróżnia się głębokim, niskim głosem o ciepłej barwie, ale z domieszką wytrawnej szorstkości, która musi intrygować. Taki głos to skarb. Dodajmy, że mamy przełom lat 80. i 90., czyli znakomity moment na to, by hałaśliwą muzyką opartą na prostych riffach zawojować świat. Wielu pomaszerowało tą ścieżką kariery. Stosunkowo nieliczni odnieśli sukces.

Morphine_musicastrada

Niektórzy tworzą nową jakość, zapomniawszy o korzeniach. Rockmani także. Przynajmniej tak im się wydaje – w końcu muzyka nigdy nie powstaje w próżni i przywołuje czasem niespodziewane echa, które trudno od razu rozpoznać. A nasi bohaterowie spróbowali, jakby na przekór wszystkim, zapuścić głęboko korzenie w żyznej glebie amerykańskiej tradycji, wyssać stamtąd życiodajne mikroelementy i wydać soczyste, świeże owoce. No i choć było to posunięcie mocno nonkonformistyczne, to udało się. O kim mowa?

Morfina. Organiczny związek chemiczny o silnym działaniu przeciwbólowym. Szybko uzależnia fizycznie, a psychicznie z prędkością Strusia Pędziwiatra – czasem wystarczy tylko jedna dawka. Działa też odurzająco. Lista skutków ubocznych długa, łącznie ze śmiercią. W pewnych przypadkach niezbędna, wciąż wykorzystywana przed medycynę. Ale gdy nie należy brać z przepisu lekarza, to raczej unikać.

Co innego muzyczna morfina – robi świetnie na ból istnienia. Morphine uzależnia, to fakt, ale da się z tym żyć. Mało tego, życie pod jej wpływem staje się naprawdę barwniejsze.

To tak, jakby pewnego dnia niezależny, młody zespół wychynął ze swojego garażu i wybrał się na południe U.S.A., do Nowego Orleanu chociażby, gdzie słońce pali mocniej skórę, a gorące i wilgotne powietrze aż drga od dźwięku trąb i bębnów. Najsłynniejsze miasto Luizjany, ze swoją kusicielską duszą i własnym muzycznym językiem może oczarować. To należy poczuć, po prostu – jazzu, bluesa, soulu, gospel nie da się zrozumieć; muzyka odmierzana pulsem zbolałego serca, nie poddaje się żadnym miarom. Na ulicach dusznego miasta, gdzie stare kamienice pamiętają czasy niewolnictwa, albo i dawne procesy o czary, roi się od grajków – z gitarą, harmonijką, albo trąbką w ręku. Wszędzie słychać tradycyjny jazz, blues, karaibskie rytmy. W powietrzu unosi się zapach cygar, a w ciemnych piwnicach odbywają się wciąż sekretne rytuały Voodoo. Koszule kleją się do ciała od potu; trąby żegnają zmarłych, gdy brukowanymi ulicami rusza kondukt pogrzebowy; zwodnicze bagna pochłaniają nieostrożnych, a muzyka uwodzi tych, którzy mają uszy otwarte i nie boją się czarnej magii. Tu wszystko jest intensywniejsze, bardziej seksualne, niepokojące, trochę szalone, ale przez to urzekające.

Nic dziwnego, że zaklęcia miały odpowiednią moc. Młody zespół porzuca swoje przyzwyczajenia. Typowe, rockowe instrumentarium idzie w zapomnienie. Oprócz perkusji kapela bierze w trasę dziwny, dwustrunowy bas (często traktowany metodą „slide”) i barytonowy saksofon.

Historia o wyprawie do Nowego Orleanu jest zmyślona, ale mogłaby się wydarzyć, choć miejsce przemiany wcale nie musiałoby znajdować się w sercu bagnistej, gorącej krainy. Bo w muzyce, którą panowie chcą grać słychać też klimat Memphis czy St. Louis. Równie dobrze muzycy mogliby się przenieść w czasie do lat 50., znacznie bliżej swojego domu.
Chicago, które przed półwieczem otwierało gościnne ramiona przez bluesmanami z delty Missisipi, również potrafiło zaczarować. Wielu czarnoskórych przenosiło się tam, wyrwawszy się z plantacji bawełny na Południu, przywożąc niewiele bagażu, trochę nadziei na poprawę losu, a przede wszystkim swoją muzykę. To tutaj gitara zostaje podpięta do prądu, odmieniając historię bluesa i rocka. Kluby huczały od nowej, świeżej, energetycznej muzyki. Muddy Waters, John Lee Hooker, Howlin’ Wolf – to oni w pierwszym szeregu wyprowadzili tradycję na ekscytujące tory. Jest mocniej i bardziej wyraziście. Nie wszyscy od razu zakochują się w nowej szkole grania, ale ta w końcu porusza coraz więcej ludzi, z czasem nie tylko Afroamerykanów. Zakochają się w tych klimatach Rolling Stonesi, John Mayall, Eric Clapton, Zeppelini… Wymieniać można długo. Rock odtąd będzie miał swój zdrowy, sięgający głęboko korzeń, mocną podstawę, która pozwoli trwać i się rozwijać. Kto zapomni o tradycji, ten zawędruje na mieliznę. Można kłócić się z własnym dziedzictwem, czasem je odrzucić z rozmysłem, ale nie można go nie znać. Postąp ze swoimi muzycznymi rodzicami, jak postąpił Edyp z matką i ojcem, w porządku. Ale nie udawaj, że nie masz żadnych rodziców.

Zespół, który połączył rocka z jazzowym feelingiem, bluesową pulsacją i psychodelicznym zacięciem, tworząc coś swoistego, rzeczywiście istnieje. A przynajmniej istniał, bo po śmierci lidera, Marka Sandmana, jest już tylko wciąż żywą legendą. Morphine nie grali jazz rocka, wykoncypowanego, gubiącego się zwykle w eksperymentach, intelektualnego, próbującego udowodnić, że rytm na 4/4 i prostota to grzech przeciw ludzkości i bogom. Morphine nie parali się również blues rockiem, gdzie improwizacja staje się często najważniejszym środkiem wyrazu, a dźwiękowe „przepychanki” pomiędzy muzykami bywają nużące (no, przynajmniej czasem). Ich muzyka to zwarte piosenki. Zwrotka plus refren. Oni grają rocka, tylko trochę inaczej. Albo po prostu grają swoją muzykę – sercem, duszą i trzewiami. Ich piosenki są gorące i wywołują wizje. No i mają trochę nietypowe instrumentarium.

Ale to nie projekt, nie dziwaczny eksperyment, jakiś zmyślony patent, który wydaje się zaskakujący przy pierwszym kontakcie, ale szybko się nudzi. To też nie sztuczne wywoływanie pseudo nostalgii za klimatami retro – oni w tym wszystkim są bardzo współcześni. Za Morphine stoją w pierwszej kolejności świetne melodie, ciekawe teksty, niesamowita atmosfera, umiejętności muzyków. Dlatego udało się im stworzyć coś wyjątkowego. Jedna ciekawa płyta może się przydarzyć, ale oni nagrali kilka znakomitych albumów.

Na początek można sięgnąć po składankę. Płyty typu „The Best Off” nie są może najlepszym wynalazkiem ludzkości, ale z rzadka się sprawdzają. W wypadku Morphine dają dość dobry obraz możliwości kapeli i wizję tworzonego przez nią klimatu. Albo się złapiecie na ten haczyk, albo pozostaniecie obojętnymi. Jednak uważajcie! Morfina bardzo szybko uzależnia. Tak już ma. Mało kto się oparł.

Potem można zwiększyć dawkę. Sięgnijcie po klasyczne albumy: „Good” (1992), „Cure For Pain” (1993), „Yes” (1995), „Swimming” (1997) i „B-Sides and Otherwise” (1997) – panowie Mark Sandman (wokal, gitara basowa, gitara), Dana Colley (saksofon) oraz Billy Conway (perkusja) zapraszają was na niezapomnianą podróż parową łodzią w dół Missisipi. Ból istnienia znika, dzięki mocnej dawce dźwiękowego narkotyku. To żywa pulsacja amerykańskiej tradycji, ale nie naigrawanie się z niej, albo – co gorsza – bezowocne składanie jej pokłonów.

Ktoś powie, że nie byli szczególnie oryginalni, że nie powiedzieli nic nowego. Być może to prawda. Czy jednak w muzyce chodzi wyłącznie o to, by poszerzać jej horyzonty? Czy eksperyment musi być ciekawszy od twórczego odczytania starych patentów, spuścizny po wielkich mistrzach, na ramionach których usadawiają się zwykle muzyczne karły, przekonywujące wszystkich, że wywołują rewolucję?

Muzyka była kiedyś szczera, organiczna, żywa, niosła z sobą treść i emocje. Taka jest też twórczość Morphine.

Życzę uzależnienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *