Winyl, taśma, cyfra

Miało być o wyższości płyt winylowych i o tym, że każdy szanujący się metal powinien mieć gramofon w swoim domu. Ale nie będzie. Nie chciałbym przekonywać do jakiegokolwiek nośnika dźwięku, bo każdy sprawdza się lepiej lub gorzej w zależności od okoliczności i wymagań słuchaczy. Jakość brzmienia oraz dostępność do legalnych i możliwie tanich źródeł determinują mocno nasze wybory, ale nie są jedynymi czynnikami. Bo przecież sieć stwarza nam dzisiaj prawie nieograniczoną, a przynajmniej bogatą ofertę słuchania muzyki za darmo i z poszanowaniem praw autorskich.

Prawie jak w raju! Właściwie to nie trzeba już kupować płyt. Sam uznałem, że Spotify i tym podobne serwisy to jeden z największych wynalazków ludzkości. Nobel się należy twórcom, albo jakiś medal. Cieszę się, że nastoletni fani metalu mają możliwość poznawania muzyki, jakiej ich rodzice nie mieli, a nawet i my, jeszcze niedawno. Wszystko niby git i spoko, ale…

Coś się jednak traci. W jednym z wywiadów dla Teraz Rocka, Mikael Åkerfeldt, wokalista Opeth, przyznał, że gdy jako nastolatek miewał tylko tyle kasy, by zakupić w ciągu roku maksymalnie kilka płyt, każda z nich stawała się bramą do innego świata. Doskonale to rozumiem. I chyba każdy, kto w latach 90. krążył po stoiskach z kasetami, pragnąc jak najtrafniej ulokować swoje liche kieszonkowe.

kolekcja 1

Czasem usłyszało się w radiu jakiś kawałek, zobaczyło fragment teledysku przypadkiem w telewizji lub przeczytało interesujący artykuł w Metal Hammerze (albo w Bravo, bo popularne pisemko miało swego czasu stronicę poświęconą ciężkim brzmieniom). A później szukało się z wypiekami na twarzy, pytało tu i siam, najczęściej kalecząc angielskie nazwy, co mogło powodować problemy w komunikacji ze sprzedawcą. Zdarzało się kupić dany album — w kasetowym wydaniu — tylko dlatego, że spodobała się komuś okładka, wizualnie wróżąca odpowiednie muzyczne nastroje. Można się było solidnie rozczarować. Ale gdy już się upolowało kasetę ukochanego zespołu, to traktowało się ją jak skarb. Kiedy zaś magnetofon wciągał taśmę i niszczył ją czasem bezpowrotnie, przekleństwom nie było końca. Przez te wszystkie przygody muzyczny świat każdego z nas był bogatszy.

W tamtych pięknych czasach człowiek gromadził kasety nie z wyboru, ale dlatego, że nie miał możliwości słuchania ulubionej muzyki w innej formie. Pierwszy kontakt z Ride the Ligthning Metaliki albo Roots Sepultury, w którym pośredniczył niezbyt interesujący magnetofon produkcji polskiej, był jak objawienie. I co z tego, że szumiało, grało jakoś niewyraźnie i bez tej mocy, jaką daje solidny wzmacniacz. Czy osłabiło to siłę niezapomnianych riffów? Ależ skądże! Zresztą jak się ma niewiele lat, to wszystko wydaje się jeszcze nowe i ekscytujące, niewiele potrzeba, by wywołać euforię.

Nie każdy w Polsce mógł sobie pozwolić dawniej na odtwarzacz CD; płyty były zresztą horrendalnie drogie względem kieszonkowego przeciętnego nastolatka, a kopiować się ich jeszcze nie dało domowym sposobem. Kasetę można było za to w prosty sposób „spiracić” — chociaż pożyczyć od kolegi legalny nośnik i skopiować na własny użytek, to rzecz jak najbardziej legalna. Tak się właśnie robiło najczęściej. Zresztą wymiana MC z całym światem pozwoliła wielu kapelom dotrzeć do fanów. Tape trading jest tym dla metalu, czym busola dla morskiej nawigacji. Przykładem rodzimy Vader, który dzięki pierwszym kasetowym demówkom rozsyłanym do maniaków z różnych kontynentów, zdobył tak wielką popularność, że kultowa wytwórnie Earache Records postanowiła podpisać z zespołem profesjonalny kontrakt.

Wielu z nas odczuwa potrzebę posiadania przedmiotów materialnych, i to niekoniecznie pierwszej potrzeby – tutaj przysłowiowy pies pogrzebany. Wikingowie opowiadali sobie przy palenisku historię o tym, jak pragnący bogactw człowiek zamienił się w pierwszego ze znanych nam smoków. Wszyscy jesteśmy gdzieś tam głęboko w duszy mitycznymi Fafnirami: lubimy gromadzić skarby; nieważne, czy to złoto karłów, czasze z brązu, porwane do haremu dziewoje, czy może płyty, zdjęcia, albo ogrodowe skrzaty. Dla każdego coś miłego. Wcale nie zakochaliśmy się ponownie w czarnej płycie dlatego, że jej analogowy dźwięk jest lepszy od cyfrowego. Ja tam nie jestem audiofilem i spore grono metali też nie. Dźwięk srebrnego krążka, albo w miarę przyzwoitych MP3, wystarczyłby mi do szczęścia. Ale nawet kilkanaście płyt na półce może cieszyć bardziej, niż terabajty danych. Bo są, ładnie wyglądają, można je wziąć do ręki.

Niemniej stało się – pierwszy czarny krążek nabyłem przypadkiem, gdy nie miałem jeszcze gramofonu. Spodobała mi się okładka, jak dawniej, gdy człowiek wlepiał wzrok w szybę kiosku z kasetami i czasem coś rzuciło mu się w oczy. Czarna msza w komiksowym mrocznym wydaniu, czyli Midnight Mass, EP zespołu Acid Witch (polecam przy okazji miłośnikom nieco kiczowatych klimatów halloweenowych). Z miejsca się zakochałem. Potem były kolejne „małe płyty” undergroundowych kapel. Wszystkie na tyle śliczne, że niczym lekko stuknięty fetyszysta raz na dzień potrzebowałem je pomacać, pooglądać z każdej strony. No, tylko żeby należycie docenić moje skarby, musiałem sobie sprawić gramofon.

Nie zachęcam nikogo do zakupu odpowiedniego sprzętu nachalnie, ale metalu, klasyki rocka, bluesa, jazzu po prostu słucha się lepiej z czarnej płyty. I jeszcze raz powtórzę, nie chodzi tylko o jakość dźwięku. A niech jakaś stara porysowana płyta nawet trochę potrzeszczy!

kolekcja 2

Mnie się zawsze Back In Black AC/DC zacina na końcówce Hells Bells. Ale to nieważne. Jest klimat, są piękne okładki, mamy rytuał zmiany strony – to taki pierwiastek magiczny dołożony do codziennej rutyny słuchania. W dodatku metale lubię otaczać się dziwnymi przedmiotami. Świadczą o tym dziesiątki naszywek na katanach, skrupulatnie zmienianych raz na jakiś czas, żeby być bardziej „true”. Do tego pieszczochy na każdą okazję, ćwieki, gwoździe, łańcuchy wytargane z katowskich kazamatów. Winyle z kościotrupami, diabłami i rozwartymi grobami na okładkach dopełniają całości.

Ktoś powie — to droga zabawa. Jest w tym trochę racji, ale obalę ten mit. Jeśli nie jesteśmy audiofilami, tylko chcemy posłuchać muzyki w przyzwoitej jakości, to nie musimy dysponować grubymi tysiącami. Uznane firmy, produkujące sprzęt w cenach samochodów, mają też w swojej ofercie najprostsze gramofony, które można dostać już za parę stów (i to nowe!). Trzeba mieć do tego oczywiście jakiś przyzwoity wzmacniacz i głośniki. Przedwzmacniacz wbudowany jest dzisiaj praktycznie do wszystkich gramofonów, a jeśli w waszej wieży znajduje się wejście AUX (a trudno by było inaczej) wszystko zadziała należycie. Technicznie sprawa wygląda banalnie.

Wątpliwość druga — ceny płyt. Oczywiście, jeśli chcemy bawić się w nowe wydania klasyki albo pierwsze tłoczenia w idealnym stanie, nasz budżet może ucierpieć. Ale i tak za przeciętną pensję (nie mówię o średniej krajowej) można dzisiaj kupić więcej świeżutkich winyli, niż w latach 90. CD. Pewnie, są potrzeby pierwszego rzędu, ale przy drobnej oszczędności jest to zabawa niemal dla każdego. A jeśli ktoś może zaakceptować pewien spadek jakości i wśród płyt używanych wybierać te niekoniecznie w stanie idealnym (coś tam „pyknie” raz na jakiś czas, czasem zaszumi), to ceny drastycznie spadają. Super zachowane oryginalne brytyjskie wydania płyt Black Sabbath czy Iron Maiden mogą zostać wywindowane do poziomu i 200 zł — choć czasem osiągnąć zaledwie połowę tej ceny. Ale jakaś niemiecka lub holenderska reedycja, z lekko pogniecioną okładką i ciut zarysowaną płytą (która gra jeszcze całkiem w porządku) to cena jak powyżej, ale bez jednego zera.

Ja z przyjemnością słucham albumu Rising Rainbow, który kosztował mniej niż 10 zł. Jasne, nie brzmi idealnie, ale mnie to nie przeszkadza. Za tę samą cenę dorwałem na okolicznym bazarze amerykańskie wydanie New Jersey Bon Jovi, w bardzo dobrym stanie, które kosztowałoby mnie pewnie 60 – 100 zł, gdybym kupował w specjalistycznym sklepie. Za grosze mam też w swej kolekcji płyty Saxon, Turbo czy Kiss, których brzmienie i wygląd kopert nie urąga nikomu. Trzeba tylko trochę się natrudzić, poszukać, poszperać. Z czasem może się to stać prawdziwą pasją. Pamiętajcie oczywiście, że te pierwsze tłoczenia w świetnym stanie i w wydaniu brytyjskim albo amerykańskim, mają wartość kolekcjonerką, która może jeszcze wzrosnąć. Kolejne tłoczenia z „egzotycznych” krajów, co najwyżej mogą mieć wartość sentymentalną, a na rzeczywistej będą tracić. Niemniej też cieszą, gdy staną na naszej półce.

kolekcja3

No i jeśli jesteśmy miłośnikami muzycznych poszukiwań i odkrywania mniej znanych kapel, to otwiera się przed nami ocean możliwości. Nie chcę wymieniać nazw konkretnych sklepów internetowych, by nie robić kryptoreklamy, ale nie wydając więcej jak 30 – 45 zł za LP, możemy zebrać pokaźną kolekcję thrash, death, black metalowych czarnych płyt — nowych oczywiście, z pięknymi, lśniącymi i rozkładanymi okładkami, barwionym winylem, dołączanymi plakatami etc. Nowe EP, czyli winylowe single, zawierające najczęściej po dwa kawałki na stronie (bardzo często dwóch kapel, czyli tzw. „splity”) można nabyć już za 15 – 25 zł. Zdarza się wcale nierzadko, że za sprawą ofert specjalnych, promocji i wyprzedaży, także i albumy „schodzą” cenowo do poziomu EP. Sam mam u siebie doskonałe winyle z całego świata, w limitowanych nakładach, które kosztowały mnie kilkanaście złociszy.

Podsumowując – można mieć fajny, nowy metalowy winyl w cenie dwóch paczek papierosów. Kwestia wyboru. Kasety magnetofonowe, w których wydawaniu znowu zaczynają się specjalizować podziemne kapele, to także wydatek kilkunastu złotych. Znowu można poczuć radość z gromadzenia przedmiotów. Dlaczego zatem nie pozwolić sobie na odrobinę rozkoszy?

Nie jestem fanatykiem. Piszę ten artykuł mając na uszach słuchawki — recenzenckie obowiązki nakazują, bym pochylił się nad nową płytą Scorpions. Na winylu jeszcze nie ma, na CD też nie, ale dzięki firmie Sony mam dostęp online do tych nagrań prawie miesiąc przed premierą. No, ale to tylko dla muzycznych recenzentów takie gratki. Niemniej wiele kapel decyduje się dzisiaj wrzucać swoje dyskografie za darmo do sieci, czasem i w dniu wydania klasycznych nośników. Współczesny świat oferuje nam wiele możliwości, by słuchać muzyki legalnie. Korzystajmy z nich tak, jak nam to pasuje.

Paweł Lach

 (foto z kolekcji autora)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *