Archiwa kategorii: Recenzje

Muzyczna nuda…

Jak wiadomo gro płyt wychodzi na jesień, by ludzie mogli znaleźć ciekawy prezent na Święta. Rok 2017 zatem, w temacie interesujących premier, jeszcze się nie rozruszał należycie. Póki co Drab Majesty, którego debiutancki album ogłosiłem subiektywnie najlepszą płytą 2015, nie zawiódł i ucieszył mą werteryczną duszę kolejnym nowofalowym powiewem w chłodnym stylu lat 80. Recenzję płyty The Demonstration możecie przeczytać TUTAJ.

Warto też zwrócić uwagę na kolejną płytę jednego z najdziwniejszych zespołów na planecie Ziemia, czyli The Legendary Pink Dots. Nie wiem, czy to ich setny album czy może sto pierwszy, ale Chemical Playschool Volumes 19 & 20 zaciekawia. No i nowy Ryan Adams – solidny pop rock, jakiego nigdy za wiele.

Z żalem i z pewnym zmieszaniem muszę przyznać, że zacząłem mocniej wgłębiać w dyskografię Davida Bowie, dopiero po jego śmierci. Biografia spisana przez Paula Trynki jest doskonałym przewodnikiem po twórczości jednego z najbardziej inspirujących artystów XX wieku.

TUTAJ moja recenzja dla Rockmagazyn.pl.

Z małą pomocą przyjaciół…

Jak to jest być zawsze „tym czwartym”? Michael Seth Starr w swojej książce snuje ciekawą opowieść o Najsławniejszym Perkusiście Świata, który w życiu czasem gubił rytm, co nie zdarzało mu się z kolei, gdy bębnił miarowo na swej perkusji marki Ludwig.

Do przeczytanie recenzji zapraszam na stronę RockMagazynu lub TUTAJ

Portret potrzebny

Ś.p. Frank Zappa zauważył kiedyś, że mówienie o muzyce przypomina tańczenie o architekturze – czyli w gruncie rzeczy jest pozbawione sensu. Trudno nie przyznać największemu być może prześmiewcy w dziejach rocka racji, niemniej dziś, w zalewie internetowych „znawców”, w erze nieograniczonego dostępu do przeróżnych dźwięków, brakuje nam niewątpliwie ludzi, którzy potrafiliby mądrze oraz zachęcająco o muzyce mówić i pisać. Brakuje nam postaci takich, jaką był Tomasz Beksiński. Jego radiowe audycje stanowiły przecież drogowskaz, zamykały słuchaczy w innym świecie i otwierały na nowe doświadczenia.

Czytaj dalej

Subiektywny ranking płytowy 2015

Rok 2014 wydawał mi się ciekawszy od tego, który właśnie mija. W podobnym prywatnym podsumowaniu sprzed dwunastu miesięcy znalazło się parę płyt rzeczywiście bliskich ideału (Opeth, Royal Blood, Organek, Swans). Rok 2015 być może nie był gorszy, ale przyznam się, że nie śledziłem nowości z tak wielką uwagą i sporo ważnych wydawnictw mi pewnie umknęło – skupiłem się raczej na nadrabianiu pokaźnych braków w znajomości klasyki.

Ta siódemka (bo 10 byłaby z mojej strony naciągana), to lista bardzo subiektywna, choć niektóre z wymienionych przeze mnie płyt, można często spotkać w różnych podsumowaniach rocznych. Poniższe albumy wywołały u mnie jakieś żywsze bicie serca w 2015 i pewnie będę do nich wracał i w przyszłym roku, i przez kolejne dziesięciolecia.

Dodam, że jako dziennikarz muzyczny/amator w 2015 napisałem rekordową dla siebie liczbę recenzji (RockMagazyn.pl, Kvlt.Magazine i LoudNow) i żadnej płycie – po raz pierwszy – nie wystawiłem najwyższej noty. Niemniej większości z wybranych do siódemki albumów nie oceniałem na łamach portali. A dwóm, może trzem najwyższa nota by się przydała.

A lista moich ulubionych płyt 2015 roku prezentuje się następująco:

Czytaj dalej

Przegląd recenzji

Ostatnio zaproponowano mi współpracę z nowym sieciowym magazynem Kvlt Magazine – zachęcam do odwiedzin strony. TUTAJ znajdziecie ich na Facebooku. Od czasu do czasu znajdzie się tam jakiś mój tekścik, jak czas pozwoli. A poniżej zestawienie (alfabetyczne) moich ostatnich recenzji.

Czytaj dalej

Party w rodzinnym grobowcu

Ostatnio, za sprawą recenzenckich obowiązków, wpadło mi do ręki kilka… świeżych (zatęchłych!!!) death metalowych płyt z Polski i ze świata. Zadziwiające, jak różne dźwięki można generować w obrębie ograniczonego formalnie gatunku, w którym wszystko już zostało powiedziane. Jedne nagrania spodobały mi się, inne nawet bardzo. Niemniej uświadomiłem sobie, że można wciąż grać death metal i pozytywnie zaskakiwać słuchacza. W sumie to budujące.

W rozwinięciu wątku recenzje

Czytaj dalej

Kto nienawidzi róż?

Tak wyszło, że od początku przysłuchuję się odgłosom z obozu Lilly Hates Roses. Zaczęło się od recenzji debiutanckiej płyty „Something to happen”. Potem był wywiad, przeprowadzony dla RockMagazynu z Kamilem. Miałem też przyjemność usłyszeć ich na żywo w oświęcimskim MDSM-ie podczas tamtejszej Sceny Alternatywnej. A teraz przyszło mi zrecenzować ich drugi album, „Mokotów”. Warto poznać muzykę Lilly Hates Roses, daleką od zgiełku i plastikowego popu.

Zresztą czy ktoś zna zespół z różami w nazwie, który byłby słaby? 😉

Romantyczny taniec z trupem

Komercjalizacja, blichtr, sceniczne wodotryski i uśmiechanie się do masowej publiki są także elementem składowym muzyki metalowej. Niestety… Komu jednak przeszkadzają wielomilionowe budżety, sceniczne kostiumy i wygładzone brzmienie, ten powinien wiać do podziemia. Bo przy gotyckiej, strzelistej katedrze, ufundowanej przez gwiazdy metalu, zawsze można znaleźć jakiś malowniczo położony cmentarzyk i rozkopany grób, skąd dobywają się trupie wyziewy. Czasami warto dla zdrowia sztachnąć się powietrzem przesyconym wonią rozkładu, a kapela Eternal Rot dostarcza niewątpliwie odpowiedniej dawki programowo dołującej i złowieszczej muzy, która trupem zalatuje. Zresztą EP nosi niezwykle trafny dla zawartości tytuł „Grave Grooves”. W sam raz nada się na party w rodzinnym grobowcu.

R-5556873-1396466203-7971.jpeg
Przypadkiem natrafiłem na winylowe EP, gdy przeglądałem ofertę jednego ze sklepów internetowych. I nie żałuję zakupu, bo płytka jest świetna! Spodoba się każdemu fanowi doom/death metalowego grania, ale pod warunkiem, że ktoś nie boi się muzycznej nekrofilii. Kontakt z tą muzyką może przypominać Randez Vous z zombiakiem z okładki. Ano właśnie, jako że oprawą graficzną zajął się niezastąpiony w kwestii grobowych tematów Rafał Kruszyk, możecie być pewni, że odpowiednia, trochę komiksowa dawka przyjemnego rozkładu została zaserwowana i w tym przypadku.
Czytaj dalej

Moi ulubieńcy

Ostatnio mnie ktoś zapytał, jaki jest mój ulubiony zespół? Od lat mam przygotowaną podobną odpowiedź, a raczej dwie odpowiedzi: 1) Nie potrafię wskazać, bo słucham bardzo różnorodnej muzyki, 2) Dead Can Dance. Dochodzę jednak do wniosku, że zależy to od dnia i nastroju, po prostu. Gdybym miał odpowiedzieć, jaki jest mój ulubiony zespół teraz, czyli pod koniec maja, to chyba Opeth. Strasznie ich skrzywdziłem jakiś czas temu w swojej RECENZJI. Dałem chłopakom za „Pale Communion” ocenę 4 na 5, a to po prostu 5. A nawet szóstka!

opeth

Arcydzieło, nie boję się tych słów. Słucham i słucham tej płyty wciąż (zmieniając głównie na „Heritage”) i nie mogę nadziwić się głębi pomysłów, dźwiękowemu szlachectwu zawartych na niej motywów i różnorodności klimatów. Jak dla mnie odrzucenie mocnej, metalowej otoczki nie wyszło im na złe. Oni naprawdę nie nagrali nigdy słabszej płyty, to przerażające, bo może oznaczać, że zaprzedali duszę za muzyczny talent.

 

Triumfalny powrót?

To jak z tą nową płytą Blur? Zbiera same entuzjastyczne recenzje, a przynajmniej nikt jej nie zganił. Czy jest naprawdę tak dobrze? Chyba mają rację ci, którzy twierdzą, że kilkanaście lat postu zaostrzyło apetyt na nowy album Brytyjczyków i co by nie wydali, to krytycy oraz fani i tak wezmą wszystko w ciemno. Podobało mi się stwierdzenie jednego z internetowych komentatorów: „Możliwe, że współczesna scena jest tak słaba, że nawet przeciętne płyta Blur wydaje się świetna”. „The Magic Whip” nie tak dobra i eksperymentalna, jak ostatnia „Think Tank”, ale panowie nie mają się naprawdę czego wstydzić.

Blur

Zapraszam do lektury mojej RECENZJI na łamach RockMagazynu.