Płytowe TOP 2017

Masa płyt przypadła mi w mijającym roku do gustu – nawet zadziwiająco dużo ich było. Miałem zatem problem wybrać 10 dla mnie najważniejszych i odrzuciłem kilka z żalem. Jednocześnie w zalewie świetnych rzeczy nie poczułem się czymś znokautowany. Na szczęście w 2018 Tool wyda w końcu nową płytę i nie będzie żadnych dylematów 😉

A teraz już odliczanie: 10, 9, 8…

#10 WOLVES IN THE THRONE ROOM – „Thrice Woven”

Choć Wolves In The Throne Room ma też na koncie post-rockowe nagrania (nie bez przyczyny zostali zaproszeni swego czasu na Off Festival do Katowic), to płyta Thrice Woven stanowi powrót do mrocznych, nordyckich fascynacji. Świetnie wyważone proporcje pomiędzy hałasem a klimatem. Z jednej strony nawiązania do norweskiej klasyki gatunku, z drugiej świeży, choć upiorny powiew. I w USA da się grać black najwyższych lotów!

#9 ZERO – „Ja to ktoś inny”


Moi ulubieni amerykańscy raperzy w 2017 odpoczywali od studia nagraniowego. Na rodzimym gruncie zaciekawił mnie natomiast ZERO. Jest młodym Krakusem o korzeniach rockowych, z wykształcenia filozofem  (co lubi – czasem chyba trochę na pokaz – manifestować w swoich tekstach). Można mu zarzucić to, albo i nawet tamto, ale jego płyta jest JAKAŚ: nie ma wątpliwości, że to autorska, intrygująca wypowiedź. Ten młody raper depcze własną ścieżyną przez pustkowie i nijak nie pasuje do głównonurtowej sceny. A że ZERO dopiera sobie ciekawych producentów, jest czego posłuchać. Na albumie Ja to ktoś inny znalazło się kilka kawałków powalających i mnie to wystarcza. Odkryłem zresztą przypadkiem za sprawą młodych ludzi, którzy wrzucili gdzieś na Fejsa.

#8 DAN AUERBACH – „Waiting on a Song”


Dan Auerbach, połowa duetu The Black Keys (obok The White Stripes najważniejszego sprawcy mody na retro-rockowe brzmienia) nagrał kolejną solową płytę. Tym razem znacznie pogodniejszą i bardziej piosenkową. To nostalgiczny powrót do lat świetności rockabilly, rock’n’rolla, soulowych klasyków z wytwórni Motown, popowych hitów lat 60-tych i 70-tych, countrowych artystów z Nashville. Album Waiting on a Song brzmi jakby nagrany został kilka dekad temu. Są tu piosenki skoczne i nostalgiczne, przede wszystkim zaś pełne melodii i retro elegancji. Wspaniała, pełna uśmiechu podróż po dawnej Ameryce. Kto czekał na piosenkę, ten się doczekał!

#7 CHELSEA WOLFE – „Hiss Spun”


Najnowsza płyta pochodzącej z Kalifornii wiedźmy, przyciąga uwagę mrocznym nastrojem (co zresztą jest znakiem rozpoznawczym artystki od czasu debiutu). Słowa wiedźma nie używam w pejoratywnym znaczeniu – Chelsea operuje po prostu dźwiękową magią, która ma coś wspólnego z obrzędami ku czci istot nie kumplujących się z aniołami. Piosenki z płyty Hiss Spun raczej na wieczór lub pochmurny dzień. I dla smutasów – dobrze też trzymać brzytwę z daleka od siebie. Wyciąg z rocka, metalu, industrialu, folku, gotyku uwarzony przy pełni księżyca przez wprawną czarownicę? Już pędzę na sabat!

#6 PRIMUS – „The Desaturating Seven”


Doczekaliśmy takich czasów, że przeciętna płyta Primusa to i tak więcej, niż może zaoferować słuchaczom współczesna alternatywna scena. Jak zawsze panowie bawią się formą, mrugają okiem, nie są poważni, za nic mają sobie konwenanse. Szef tego domu wariatów, Les Claypool nadal bawi się swym basem bez skrępowania, a pozostała dwójka muzyków wirtuozersko mu wtóruje. Jest tu wiele inspirujących wyobraźnię dźwięków: progresywny funk-rock-metal z jajem? Brzmi nieźle, prawda? A że teksty i kontekst tak głupi (The Desaturating Seven to nic innego jak bajka dla dorosłych o złych gnomach!), to można brać w ciemno. I ta okładka, bardziej obrazoburcza niźli black metalowe arty! 😉

#5 TRUPA TRUPA – „Jolly New Songs”


Która polska płyta najczęściej wymieniana jest w różnorakich podsumowaniach roku przez wielu wpływowych muzycznych dziennikarzy? Trupa Trupa już swoim debiutanckim krążkiem zwróciła uwagę obserwatorów sceny niezależnej. Jolly New Songs to krok naprzód. Piszą o nich w Rolling Stone, puszczają w BBC, a entuzjastycznym recenzjom nie ma końca. Psychodeliczne krajobrazy, zgrzytliwe i melodyjne zarazem, okraszone poetyckimi zabawami słownymi. Niby proste w swej istocie, a jednak zaskakujące bogactwem pomysłów i nieoczywistych połączeń. Podszyte niepokojem, wciągające piosenki, w sam raz do odlotów w nierzeczywistą przestrzeń.

#4 THE WAR ON DRUGS – „A Deeper Understanding”


Fajne nawiązanie do tradycji amerykańskiej, radiowej piosenki lat 80-tych. Jest w tym aranżacyjna przestrzeń, są wpadające w ucho melodie, klawiszowe, analogowe plamy i klasycznie brzmiące gitary. Wartość dodaną na A Deeper Understanding  stanowią zaś niewymuszony czar i urok, wyłuszczone przez znakomitą produkcję. W sam raz na spacer po wielkim mieście, gdzie można poczuć podobny przestwór, jak ten wykreowany przez romantyczne piosenki The War On Drugs. Ciepły, ale i wytrawny głos Adama Granduciela to kolejny atut. Bruce Springsteen śpiewał kiedyś w podobnym nastroju o ulicach Filadelfii, a stamtąd właśnie pochodzi zespół. Na wieczorne, nastrojowe rozmyślania też jak ulał. Czy tak nie mógłby brzmieć ambitny, puszczany w radiu pop?

#3 KADAVAR – „Rough Times”


Brodate trio z Berlina, pielęgnujące spuściznę hard rockowych lat 70-tych, wciąż w formie! Na swojej czwartej długogrającej płycie Rough Times pokazali się z mocniejszej strony. Jest tu ciężar wczesnego Black Sabbath, jest psychodeliczno-narkotyczny odlot, jest oldschoolowy posmak i więcej mrocznych, doomowych akcentów. Nie wszystkim fanom spodobała się ta lekka odmiana, ale mi baaardzo przypadła do gustu. Na krakowskim koncercie stałem pod samą sceną z nieustannym bananem na twarzy. Na żywo panowie miażdżą precyzją i feelingiem. TUTAJ moja relacja z tego wydarzenia.

#2 JAZZ BAND MŁYNARSKI-MASECKI – „Noc w wielkim mieście”


Fenomenalny wehikuł czasu, który przenosi słuchacza do warszawskich kawiarni i klubów lat 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia. Polacy też mają swoje bogate tradycje jazzowe, a piosenki zawarte na tej płycie są tego dowodem. Szlagiery i standardy zaaranżowane na nowo przez Marcina Maseckiego, wybitnego pianistę grającego jazz oraz muzykę poważną i zaśpiewane przez Jana Młynarskiego, w charakterystycznym swingowym stylu międzywojnia; do tego instrumentarium jak z epoki i mamy to! Uśmiech pojawia się na twarzy mimowolnie. Kawałki z Nocy w wielkim mieście zostały wyprodukowane tak, że mamy wrażenie obcowania z materiałem puszczanym na starym patefonie. Oczywiście ktoś może nie złapać tego klimatu. Może smoking i kieliszeczek ginu pomogą? Jest na tej płycie humor, wyczucie, inteligentna subtelność… Trudno nie nucić tych piosenek!

#1 MYRKUR – „Mareridt”


Myrkur to tak naprawdę jedna osoba, Amalie Bruun – mieszkająca w USA, a urodzona w Kopenhadze Dunka. Czysty, wysoki, mocnym głos jest jej niewątpliwym atutem, podobnie jak wrażliwość muzyczna i umiejętność łączenie skrajności. Mareridt to po duńsku „koszmary”. Ale obok mroku, jest na tej płycie światłość. Przytłaczające dźwięki łączą się ze zwiewną, delikatną atmosferą. Mocne, rockowe uderzenia i złowieszcza blackowa aura idą tu w parze z folkowymi, tradycyjnymi melodiami skandynawskimi. Metalowe riffy dzielą miejsce z pieśniami sprzed wieków. Myrkur doskonale rozumie, że aby ukazać siłę mroku, trzeba najpierw przynieść zlęknionym świecę i ukoić kołysanką. Amalie ma swoich oddanych fanów i zaciekłych hejterów. Szczęśliwie zostaje zauważana przez coraz szerszą grupę przychylnych jej osób. Płyta Mareridt poraża swym klimatem i doskonałą produkcją.

Cieszę się, że w mijającym roku mogłem się o tym przekonać się o tym także i na żywo. Miałem wątpliwości, czy uda jej się zaśpiewać czysto i z taką pasją, ale wokalistka rozwiała moje wątpliwości i oczarowała.

P.S. Na płycie znajduje się też utwór nagrany wspólnie z wymienioną w podsumowaniu Chelsea Wolfe. Panie znają się prywatnie i szanują jako artystki. Rok 2017 należał zatem, oczywiście moim skromnym zdaniem, do wiedźm!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *